IMG 3554 2  IMG 6019 filtered  Obraz 185  Obraz 133

        

KZP-PTCH wobec aktualnej sytuacji w sektorze trzody chlewnej w Polsce

Warszawa, 12/03/2015

KZP-PTCH wobec aktualnej sytuacji w sektorze trzody chlewnej w Polsce

 

Niewłaściwy kierunek zmian (dyktat polityczny): Od kilkunastu lat w polskim rolnictwie ze strony resortu rolnictwa i polityków doświadczamy działań, które zmierzają w zupełnie inną stronę niż dzieje się to w innych działach naszej gospodarki oraz przeciwnych do zmian jakie można zauważyć w rolnictwie innych krajach unijnych, z którymi musimy konkurować na wspólnym rynku. Działania, które mamy na myśli koncentrują się z jednej strony na ustawowym ograniczaniu rozwoju dużych gospodarstw agrotechnicznych oraz dużych – towarowych producentów trzody chlewnej, a z drugiej strony na utrwalaniu rozdrobnionej struktury produkcji z myślą o zadowoleniu licznego elektoratu wiejskiego. Negatywne skutki tego działania potęguje jeszcze fakt, że utrwalanie rozdrobnionej struktury produkcji odbywa się ze środków przewidzianych na rozwój całego polskiego rolnictwa, bądź co byłoby jeszcze lepszym rozwiązaniem, na rozwój najlepszych gospodarstw w naszym kraju.

Podczas, gdy inne działy gospodarki nastawione są na konsolidację, zwiększanie mocy wytwórczych, poprawę efektywności wytwarzania, w rolnictwie zmiany strukturalne przebiegają bardzo wolno, bowiem działaniami legislacyjnymi dąży się do utrwalenia istniejącego status quo. Programy kolejnych ekip rządowych były nastawione nie na rozwój polskiego rolnictwa ale przede wszystkim na rozwój programu socjalnego dla wsi. Dotowanie małych – nietowarowych gospodarstw odbywa się niestety kosztem gospodarstw dużych – zabezpieczających absolutną większość potrzeb polskiego społeczeństwa oraz eksportu polskiej żywności.

Znamienne jest także i to, że nawet w obrębie samego rolnictwa poszczególne jego gałęzie traktowane są przez polityków skrajnie różnie. Restrykcje kierowane są wyłącznie do towarowych gospodarstw produkujących trzodę chlewną i płody rolne. Produkcja drobiu, mleka, mięsa wołowego, owoców czy warzyw nie jest ograniczana ustawami, zakazami, nakazami takimi jak produkcja towarowa trzody i zbóż. W efekcie produkcja trzody chlewnej w Polsce systematycznie gaśnie. Z kraju eksportującego w najlepszych latach prawie 500 000 ton wieprzowiny staliśmy się krajem importującym prawie 1 milion ton w formie mięsa i przetworów żywca i materiału do tuczu.

Znamienne jest także to, że nasi politycy i administracja państwowa z jednej strony dusząca rozwój gospodarstw towarowych drugiej strony pozwala na powstawanie olbrzymich przedsiębiorstw w sektorze przetwórstwa płodów rolnych. W rezultacie takiego działania drobny polski producent jest praktycznie bezradny i bezbronny w określaniu warunków sprzedaży swoich towarów w zderzeniu z takimi „przetwórczymi molochami”. Tą bezradność jaskrawo widać w kształtowaniu się cen na rynku płodów rolnych, a zwłaszcza rynku zwierząt gospodarskich.

Dyskryminacja dużych gospodarstw: Dyskryminacja dużych gospodarstw rolnych realizowana przez administracje naszego kraju ma wiele form. Jedną z nich jest systematyczne obniżanie dopłat obszarowych dla gospodarstw przekraczających określone wielkości obszarowe. Wiemy, że resort rolnictwa planuje dalsze restrykcje w tym zakresie. Ich realizacja spowoduje to, że towarowe gospodarstwa produkujące trzodę chlewną, ustawowo zmuszone do posiadania takiego areału ziemi uprawnej, aby mogły 70% produkowanej gnojowicy zagospodarowywać na gruntach będącym w ich władaniu, znajdą się w skrajnie trudnej sytuacji finansowej. Znaczna część uprawianej przez nich ziemi będzie dotowana w stopniu bardzo ograniczonym. Dotacje należne tym gospodarstwom przeznaczone zostaną na pomoc gospodarstwom małym, których wkład w zaspokajanie potrzeb polskiego społeczeństwa oraz w eksport jest marginalny. Jest to oczywista niesprawiedliwość. W jej rezultacie dopłata obszarowa do towarowych gospodarstw produkującej trzodę chlewną spadnie o kilkaset złotych. Dla przykładu ferma o obsadzie ok. 1000 loch straci prawie 500zł dopłaty do każdego hektara. Jak w takim razie ma ona skutecznie rywalizować z producentami w Niemczech, Danii czy Holandii, w których dopłaty obszarowe będą kilkukrotnie wyższe?  

Kolejnym przejawem dyskryminacji gospodarstw towarowych jest nałożenie na nie obowiązku ponoszenia składek około-pracowniczych (ZUS) takich jakie obowiązują w pozostałych dziedzinach gospodarki narodowej. Gospodarstwa drobnotowarowe podlegające KRUZ mają te składki do kilkudziesięciu razy niższe. Gospodarstwo towarowe produkujące trzodę chlewną ze stadem ok. 1000 loch, z nakazem zagospodarowywania gnojowicy w 70% na gruntach własnych, odprowadza do skarbu państwa (ZUS) 1250 zł rocznie w przeliczeniu na 1ha użytków rolnych. Rolnik indywidualny posiadający areał do 50 ha (średnio 25ha) odprowadza do KRUS zaledwie 121zł/ha a rolnik indywidualny posiadający gospodarstwo po wyżej 300 ha odprowadza zaledwie 26,28zł/ha. W porównaniu do towarowego producenta trzody chlewnej składka pierwszego rolnika jest 10 razy mniejsza, a składka drugiego 47 razy mniejsza. To nie są sprawiedliwe relacje bowiem oznaczają całkowicie różne koszty produkcji i całkowicie różną konkurencyjność na rynku. Nie podkreślamy tego, aby podnieść składki rolnikom indywidualnym ale dlatego, aby gwoli sprawiedliwości zostały one nam obniżone. I tu cytując ministerialną argumentację uzasadniającą już wprowadzoną od bieżącego roku masakryczną redukcję dopłat dla gospodarstw towarowych należałoby stwierdzić – „ Jakiż to bowiem problem – dotyczy przecież tylko 150 podmiotów”. Tylko w sumarycznym efekcie różnic między składkami w ZUS i KRUS oraz wprowadzonej od tego roku redukcji dopłat dla gospodarstw towarowych, gospodarstwa towarowe będą dyskryminowane przez państwo na łączną kwotę prawie 2 000zł w przeliczeniu na hektar ziemi uprawnej. W niesłychanie uprzywilejowanej sytuacji znajdzie się część gospodarstw małych, liczących do 30 ha prowadzonych przez młodych rolników. Im państwo proponuje dopłaty nawet w wysokości ponad 2 000zł do hektara. Gospodarstwa te tylko z tytułu uprzywilejowania KRUS i wyższych dopłat będą miały nad gospodarstwami towarowymi przewagę finansową w wysokości około 3000zł/ha. Tej różnicy nie da się przełamać wyższym plonowaniem czy ograniczaniem kosztów. Niezrozumiałe jest także ponad dwukrotne zwiększenie dopłat do niektórych upraw takich jak produkcja chmielu, pomidorów czy buraków cukrowych. Można z tego wnioskować że w naszym kraju ważniejsza jest produkcja piwa niż chleba. W jakim aspekcie krowa ma w naszym kraju aż tak wielkie uznanie że dopłaca się do niej 70 Euro a do loch nic? Dlaczego w ten sposób dotuje się sektor produkcji mleka, który rozwija się świetnie a nie dotuje się produkcji trzody która zamiera?

Uzasadnianie nieuczciwego podziału dopłat obszarowych tym, że niesprawiedliwość ta dotyczy zaledwie ok 150 gospodarstw w kraju jest głęboko nieuczciwe i nieetyczne. Gospodarstwa te bowiem produkują sporą część produktów na polski rynek i na eksport. To one właśnie, póki co, skutecznie konkurują z rolnikami pozostałych krajów UE wnosząc do skarbu państwa spore wpływy. Kolejne restrykcje uderzają zatem nie w 150 gospodarstw, ale w znaczną część produkcji polskiego rolnictwa. Uderzają w kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy znajdujących się w obszarach dużego strukturalnego bezrobocia. Tego niestety polscy politycy kierujący resortem rolnictwa nie widzą zajęci całkowicie działaniami konserwującymi ich elektorat tj. drobne – nietowarowe i bez przyszłości gospodarstwa rolne.

Efektem prowadzonej polityki w sektorze produkcji trzody chlewnej jest fakt, że przestaliśmy być samowystarczalni w pokryciu zapotrzebowania na wieprzowinę. Powodem takiej sytuacji jest to, że rządzący, którzy patrzą na rolnictwo przez interesy partyjne, utrzymują nieefektywne gospodarstwa, które nie są w stanie konkurować z dużo większymi gospodarstwami innych krajów unijnych, a środki z Unii Europejskiej przyznawane na produkcję towarową trafiają do gospodarstw socjalnych.

Niezaprzeczalnym przejawem dyskryminacji spółek - przedsiębiorstw działających w polskim rolnictwie jest pozbawienie ich pracowników możliwości uczestniczenia w pracach Izb Rolniczych na wszystkich szczeblach. W ten sposób olbrzymia rzesza polskich obywateli z doskonałym przygotowaniem zawodowym została pozbawiona wpływu na to co w zakresie rolnictwa odbywa się w ich lokalnych ojczyznach czy też w skali całego naszego kraju. Ustawodawca jak widać przyjął hipotezę, że dla polskiego rolnictwa ważniejszy jest głos drobnego rolnika, nierzadko z wykształceniem kończącym się na szkole podstawowej, na ogół nie mają pojęcia jak wygląda towarowe rolnictwo, niż głos wykształconego fachowca, w pełni świadomego jak i z kim w UE i na świecie ma konkurować na rynku płodów rolnych. Czy można sobie wyobrazić sytuację aby o rozwoju polskiego górnictwa decydowali „górnicy z bieda szybów” bądź o przyszłości Polskiej Miedzi zbieracze złomu? W obecnym porządku prawnym oraz w planowanych rozwiązaniach dotyczących obrotu ziemią rolniczą izby rolnicze mają coraz większe znaczenie i wpływ na kształtowanie polityki rolnej a wpływ na politykę rolną mają właściciele małych gospodarstw socjalnych, które nie produkują na rynek, natomiast pracownicy gospodarstw rolnych po studiach z wieloletnim stażem takiego wpływu zostali całkowicie pozbawieni. Zostali oni także pozbawieni uprzywilejowania w nabywaniu ziemi z zasobów agencyjnych – takiego jakim się cieszą rolnicy indywidualni.

Kolejnym przejawem dyskryminacji gospodarstw towarowych jest ustalenie dopłat do zakupu sprzętu rolniczego na jednakowym poziomi dla wszystkich gospodarstw rolnych. W efekcie to samo dofinasowanie otrzymywał rolnik na 10ha co rolnik gospodarujący na np. 700ha. Skutki takiego rozwiązania mieliśmy okazję zobaczyć w trakcie ostatnich protestów w Warszawie.

Następnym przejawem dyskryminacji jest brak stosownej reprezentacji producentów trzody chlewnej w Fundusz Promocji Mięsa Wieprzowego. To po prostu skandal aby płatnicy podatku celowego z jakiego finansowany jest Fundusz nie mieli w nim właściwej reprezentacji i nie wpływali na kierunki jego działania. W Funduszu „rządzą” przetwórcy chociaż nie asygnują na działanie funduszu ani grosza. Za swoje miejsce w Funduszu powinni zapłacić takimi samymi składkami jakie płacą producenci żywca wieprzowego. To także skandal, aby towarowi producenci dostarczający na rynek ponad 30% wieprzowiny nie mieli w Funduszu swojego przedstawiciela.

Struktura produkcji: Politycy oraz administracja państwowa raz po raz zachwycają się dynamicznym rozwojem polskiego drobiarstwa oraz jego sukcesów eksportowych na rynku UE i w świecie. Za zachwytem tym nie idzie jednak analiza przyczyn tego sukcesu oraz wnioski jak rozwijać inne gałęzie produkcji rolnej, aby podobny sukces stał się także i ich udziałem. Małorolny producent z wykształceniem podstawowym przyczyn tego sukcesu ma prawo nie zauważyć, ale politycy kształtujący polskie rolnictwo mają obowiązek przyczyny te zdefiniować i stosować w całym rolnictwie. Tym którzy nie widzą podstaw sukcesu polskiego drobiarstwa podpowiadamy – jest nim olbrzymia koncentracja produkcji oraz sprzyjające rozwojowi przedsiębiorstw prawo oraz politycy. Koncentracja ta systematycznie postępuje od lat siedemdziesiątych minionego stulecia i w żadnym stopniu nie jest ona ograniczana politycznie celem ratowania przyzagrodowej produkcji drobiu. Większość produkcji drobiu odbywa się w koncentracjach znacznie większych od tych w jakich odbywa się towarowa produkcja świń. Mimo to na drobiarzy nie nałożono restrykcyjnego nakazu zagospodarowywania 70% produkowanych odchodów na gruntach własnych. Fachowcy wiedzą, że odchody drobiowe stanowią znacznie większe zagrożenie dla środowiska niż obornik czy gnojowica. Zatem uzasadnianie restrykcji wobec towarowej produkcji trzody chlewnej względami ochrony środowiska jest w istocie tylko czystą grą polityczną.

Jeżeli polityką rządzących jest niedopuszczanie do rozwoju dużych ferm trzody chlewnej, które mogłyby produkować prosięta na chłonny rynek krajowy, to nie powinniśmy się dziwić, że te duże fermy, których obsada sięga powyżej 2000 macior rozwijają się w Danii, skąd prosięta eksportowane są do Polski. W rezultacie z ferm duńskich i holenderskich trafia do Polski ok. 4 000 000 warchlaków do tuczu rocznie.

O stanie polskiego sektora produkcji trzody chlewnej najlepiej świadczą dane podane przez GUS. Uboje przemysłowe świń w rzeźniach wyniosły w okresie I-XII 2014 r. 1 834 tys. ton w masie poubojowej schłodzonej (20 523 tys. sztuk). Jeżeli zestawimy te dane z liczbami podanymi w ostatnim raporcie GUS z grudnia 2014 dotyczącymi pogłowia macior (943,5 tys. szt.) oraz importem do Polski żywych świń w 2014 roku (5,5 mln szt.), to otrzymamy oto taki obraz:

20,5 mln ubitych tuczników minus 5,5 mln szt. z importu daje nam 15 mln szt. tuczników produkowanych w kraju, co przy pogłowiu 0,94 mln szt. macior daje 16 szt. wyprodukowanych tuczników w kraju na jedną maciorę na rok. Liczba ubitych sztuk może być nieznacznie większa, gdyż uboje gospodarskie nie zostały ujęte w statystykach. Abyśmy mogli skutecznie konkurować z producentami duńskimi powinniśmy od jednej maciory produkować 27 tuczników rocznie. Przyjmując takie założenie okazuje się, że do wyprodukowania 15 milionów tuczników (stan obecny) potrzeba 560 tys. macior, a nie 940 tys. sztuk. Utrzymujemy zatem bezproduktywnie 380 tys. macior, które zjadają 500 tys. ton paszy wartej 550 milionów złotych rocznie. Jest to przepaść jaka nas dzieli od najbardziej efektywnych producentów europejskich (nie licząc innych kosztów związanych z utrzymywaniem macior).

Wniosek nasuwa się sam. Maciory w Polsce są w niewłaściwych rękach, a produkcja prosiąt jest rozdrobniona i nieefektywna. Gdyby te same lochy w obecnej liczbie 940 tys. sztuk stały na fermach zarządzanych przez kompetentnych menedżerów, liczba wyprodukowanych tuczników przekroczyłaby 26 mln, czyli 5,5 miliona więcej niż ubijamy obecnie. Nadwyżka mogłoby być przedmiotem eksportu w produktach i żywcu. Nie byłoby potrzeby importowania duńskich prosiąt do naszego kraju, a ci co nie radzą sobie z rozrodem macior musieliby zaprzestać produkcji lub utrzymywać tylko tuczniki.

ASF: Na nieefektywną strukturę produkcji trzody chlewnej nakładają się nieporadne działania administracji związane z wystąpieniem w naszym kraju wirusa ASF. Wirus występuje w populacji dzików (nie licząc 3 ognisk w małych gospodarstwach utrzymujących łącznie 11 świń), ale niestety okazało się, że choroba u zwierząt leśnych ma ogromny wpływ na całą branżę mięsną. Przyszłość tego sektora zależy od dalszego rozprzestrzeniania się wirusa ASF, co może w doprowadzić do wyłączenia lub dalszego ograniczenia możliwości eksportu polskiej wieprzowiny.

Właśnie minął rok od potwierdzenia pierwszego przypadku ASF wirusa u dzików. Monitoring jako metoda zwalczania ASF u dzików okazała się nieskuteczna. Wirus nie wycisza się, a wręcz przeciwnie jego działanie nasila się zagrażając pozostałym rejonom kraju. 6 marca 2015 Główny Lekarz Weterynarii potwierdził 39 przypadek ASF u dzików. Zastanawiające jest to, że rząd i instytucje odpowiedzialne dopuściły do tego, aby przez rok liczba dzików na Podlasiu zwiększyła się. Gdyby w lutym ubiegłego roku, zastosowano interwencyjny odstrzał dzików, byłaby duża szansa na znaczne rozrzedzenie populacji i wyciszenie wirusa w środowisku.

Rok doświadczeń z ASF dobitnie ilustruje, że jako kraj nie jesteśmy całkowicie przygotowani do ochrony produkcji zwierzęcej przed chorobami do zwalczania których ustawowo zobowiązane jest państwo. Pierwszą barierą racjonalnych i skutecznych działań jest brak świadomości wśród polityków i państwowej administracji o skali zagrożenia tego rodzaju choroby dla produkcji konkretnego gatunku zwierząt gospodarskich i całego rolnictwa. W efekcie tego wszystkie podjęte działania były bardzo spóźnione, przeznaczono na nie zbyt mało środków i co najważniejsze wiele niezbędnych działań w ogóle nie podjęto. Klasycznym dowodem na to jest fakt że w drugim roku występowania choroby obcięto urzędowo środki do zwalczania choroby. Drugą barierą dla szybkiej eradykacji ASF były wadliwe procedury administracyjne oraz niski stan przygotowania właściwych służb w terenie. W efekcie ani ARMIR ani powiatowi lekarze weterynarii nie mieli świadomości co do liczby gospodarstw ani też liczebności zwierząt znajdujących w rejonach występowania ASF. To osłabiło lub całkowicie zniweczyło wysiłki poczynione we wstępnych okresach występowania choroby. Trzecią barierą była całkowicie niezrozumiała i niewybaczalna opieszałość obydwu ministerstw – Rolnictwa i Ochrony Środowiska w zakresie redukcji populacji dzików. Kuriozalne i jednocześnie idiotyczne jest stanowisko Ministerstwa Środowiska w zakresie trzewienia odstrzelonych dzików. Wynika z niego że zwyczaj łowiecki jest ważniejszy od polskiej racji stanu. Wydaje się jednak, że największa przeszkodą w szybkiej eradykacji ASF był brak koordynacji działań na szczeblu najwyższym. Przykład płynący z innych krajów, które skutecznie zwalczyły ASF wskazuje, że koordynatorem działań powinien być premier a nie Główny Lekarz Weterynarii podległy ministrowi, którego celem jest, jak się wydaje, zniszczenie produkcji trzody chlewnej w Polsce.

Ogłoszona w mediach przez ministrów Sawickiego i Grabowskiego redukcja populacji dzików stoi pod dużym znakiem zapytania. Samorządowcy z Sejmiku Województwa Podlaskiego podjęli uchwałę o odstrzale 500 sztuk dzików w strefie czerwonej przeinaczając na ten cel 200 tys. złotych. Dalsza redukcja uzależniona jest od rządowych środków finansowych na zwalczanie ASF, których rząd niestety odmawia. Przy takim podejściu administracji centralnej jesteśmy skazani na możliwość dalszego rozprzestrzeniania się wirusa ASF i bardzo długi okres uwalniania kraju od tej choroby.

Warto przy tym zaznaczyć, że odstrzał zarażonych dzików nie poprawi sytuacji od razu, gdyż dopiero po trzech latach od wystąpienia ostatniego przypadku ASF będziemy mieli szansę na wznowienie eksportu do krajów trzecich, które pozamykały swoje rynki z obawy przed wirusem.

Zespoły robocze: Rolnicy wsiedli na traktory i przyjechali protestować do Warszawy. Minister wykpił (i słusznie) tych co przyjechali na protest pokazując, że 17 organizacji rolniczych pracuje nad poprawą sytuacji na rynku wieprzowiny. Udało mu się po raz kolejny podzielić rolników na tych „be” i tych „cacy”. To jego niewątpliwy sukces, a tym samym klęska dla polskiego rolnictwa. Powołano 6 zespołów roboczych, co zapewne jest wyłącznie podyktowane chęcią wyciszenia protestów i odwleczenia problemów w czasie – najlepiej pewnie na okres powyborczy. Praca tych zespołów na pewno nie rozwiąże problemów produkcji trzody chlewnej. Do tak kategorycznego stwierdzenia upoważniają nas wcześniejsze doświadczenia, które pokazują, że prace podobnych zespołów prowadzone przed kilkoma laty w tym samym temacie nic nie zmieniły na lepsze w polskiej produkcji trzody chlewnej. W marcu 2012 roku minister powołał zespół ds. opracowania programu wsparcia sektora produkcji trzody chlewnej. Powołany zespół składał się z kilkudziesięciu kompetentnych osób reprezentujących naukowców, producentów, związki producencie oraz polityków. Zespół ten opracował następujące główne wnioski:

  1. Wsparcie inwestycyjne dla gospodarstw utrzymujących 150-750 loch wynoszące 12000zł/lochę, które podjęły by się produkcji prosiąt i warchlaków do tuczu,
  2. Wsparcie transferu wiedzy przez szkolenia w utworzonej bazie szkoleniowej (fermy szkoleniowej)
  3. Wsparcie postępu biologicznego i lokalnego przetwórstwa.
  4. Zapewnienie dostępu do kredytów preferencyjnych dla producentów utrzymujących 150-750 loch.
  5. Zmiana ustawy o nawozach i nawożeniu pozwalające na swobodny obrót nawozami naturalnymi
  6. Wsparcie programu nasion strączkowych i motylkowych
  7. Przywrócenie możliwości krzyżowego skarmiania mączek pochodzenia zwierzęcego.

Po zakończeniu prac zespołu okazało się, że brak jest deklarowanych wcześniej pieniędzy na wprowadzenie w życie wielu z powyższych zapisów. Rządzącym zabrakło również woli do wybudowania jednej fermy szkoleniowej. Rządzący podjęli ponadto decyzję, że wsparcie należy się wszystkim producentom, nawet tym mającym zaledwie 2-4 lochy, co całkowicie zniweczyło prace zespołu.

Podobne wnioski działając nieco wcześniej wypracował inny zespół powołany przez Polsus zajmujący się opracowaniem „Strategii odbudowy i rozwoju produkcji wieprzowiny w Polsce do roku 2030”, które niestety nie zostały zrealizowane z powodów przedstawionych powyżej. Rząd zamienił program rozwoju polskiego rolnictwa na program socjalny. Ostatni przykład takiego działania to zabranie dopłat obszarowych dużym gospodarstwom towarowym.

Minister zniszczył pracę zespołu, który sam powołał, a wnioski pracujących tam autorytetów okazały się zbędne. Członkowie zespołu poświęcili swój czas, pieniądze na dojazd i hotele. Wnioski zespołów nie znalazły ani poklasku, ani zainteresowania ze strony ministra, ponieważ jest on zainteresowany głosami drobnych rolników, a nie naprawą polskiego rolnictwa.

Tymi działaniami rządu uzasadniamy swoje przekonanie, że i również praca obecnie powołanych zespołów zostanie zmarnowana. Resort przecież wie lepiej jak rozwijać polską produkcję trzody chlewnej i jest w działaniu tym bardzo konsekwentny. W ostatnich 6 latach zwinęła się ona o prawie 50%.

Resort zamiast stwarzać warunki do rozwoju produkcji trzody chlewnej zajmuje się tworzeniem nowych całkowicie zbędnych instytucji i stanowisk pracy. Komu jest potrzebny pracownik ODR w każdym urzędzie powiatowym? Komu jest potrzebny Fundusz Promocji Mięsa Wieprzowego tworzony z opodatkowania producentów, a nie robiący dla nich nic pożytecznego. Teraz na tapecie jest pomysł powołania ciała zabezpieczającego producentów rolnych przed skutkami okresowych nieopłacalności produkcji. Znowu ma być tworzony z opodatkowania wszystkich producentów, a jak chodzą słuchy, wypłacany będzie jedynie producentom drobnym. Dlaczego wypłata dopłat obszarowych uzależniona jest od ubezpieczenia co najmniej 50% zasiewów? Czy chodzi tu o dobro rolnika czy firm ubezpieczeniowych?